» Data: 8/9 Października 2005; » Dystans: 100km; » Powrót...
Sobota, 8 października. Pomimo tego, iż mamy jesień i dzień jest coraz krótszy, utrzymuje się prawdziwie letnia pogoda. 23*C w cieniu, średni wiatr, niebo bezchmurne. Na miejscu zbiórki (Stary Rynek w Zgierzu, godz. 15:00) stawia się jedynie dziesięć osób - liczymy, że reszta dojedzie samochodami.
Wyruszamy w trasę. Na miejsce docieramy dwie i pół godziny później (~48km). Witają Nas Celina i osoby z Warszawy. Szybkie zakwaterowanie i już możemy rozpalać ognisko. Najpierw jednak sami musieliśmy zatroszczyć się o drewno. Upływający czas uprzyjemnia Nam muzyka z wieży stereo. Nagle pod front dworku zajeżdża ekipa pięciu rowerzystek. Plączą się w "zeznaniach", ale prawdopodobnie są z Warszawy. Zapraszamy je by przysiadły się do Nas przy ognisku.
Jest już wieczór, piękne gwieździste niebo (podobno tegoż wieczora widoczne miałyby spadające meteoryty). Kiełbaski znikają w zawrotnym tempie, jeszcze w szybszym piwo. Wszyscy opowiadają sobie historie o tym gdzie byli, co widzieli. Staszek "zaopiekował się" koleżankami Warszawy. Wtedy z ciemności wyłaniają się dwa jasne punkty. To lampki przy rowerach Ewy i Mariusza. Dojechali później, ponieważ byli gośćmi na ślubie jednego z ich znajomych. Wszyscy bawimy się przy ognisku i muzyce. Niektórzy "prawdziwi" mężczyźni skaczą przez ogień. Tego, co działo się potem lepiej nie opisywać. Niektóre sceny są zbyt drastyczne.
Idziemy spać w okolicach 2:00 w nocy. Wszyscy szybko zasypiają. Budzę się w okolicach dziewiątej. A tu z rana już niespodzianka - jakiś żartowniś spuścił wszystkim powietrze z kół. Zanim więc wyruszymy w drogę powrotną muszę dobić 4 atmosfery w swoje cieniutkie kółeczka. Wraz z Kamilem i Mariuszem wracamy w stronę Łodzi.